|
    Jest trzeci
października, godzina 6:30. Niewyspani i niedobudzeni zbieramy się
pod hotelem Royal w Krakowie. Wyjeżdżamy na wycieczkę na Ukrainę.
Niestety w ostatniej chwili okazuje się, że dwie osoby nie pojadą.
Jednak nie jest to jedyny czynnik wywołujący żywe emocje. Dla wielu z
nas jest to pierwsza wycieczka „na wschód”. Wyjeżdżamy z
Krakowa. Podróż przebiega spokojnie. Dojeżdżamy do granicy i mamy
okazję poznawać pierwsze uroki przekraczania wschodniej granicy
naszego kraju – trzeba odstać swoje w kolejce. Ale czekanie
wynagradza nam fakt, że dostajemy pieczątki do paszportów. To
zdecydowanie poprawia humor. Po przekroczeniu granicy zmierzamy w
stronę Żółkwi, niestety tego dnia nie udaje się nam tam dojechać,
ponieważ po drodze trafiliśmy na wiadukt, pod którym się nie
zmieściliśmy, z tego powodu trzeba nadłożyć trasy i nie zdążamy
odwiedzić Żółkwi. Zmęczeni dojeżdżamy do hotelu, który bardzo
pozytywnie nas zaskakuje. Nie dość, że pokoje są czyste i
przestronne, jedzenie smaczne, to na dodatek w hotelu jest Wi-Fi!
    Następny dnia zwiedzamy Żółkiew ( Żółkwię - według pana przewodnika). Miasteczko urocze ale niestety bardzo zniszczone. Osobiście najbardziej uderza mnie fakt, że na ślicznym ryneczku, ustawione jest stare podrdzewiałe wesołe miasteczko. Próbuję sobie wyobrazić coś takiego na rynku w Krakowie. Brrr! Nie, lepiej porzucić takie wyobrażenia. Udajemy się teraz do polskiej szkoły w Żółkwi. Szkółka jest nieoficjalna, prowadzona przez siostry. Uczniów nie mamy okazji spotkać ponieważ we wtorki nie przychodzą oni do szkoły. Tak więc zostawiamy książki, przybory szkolne i serdeczne pozdrowienia i jedziemy zwiedzać Lwów.     Nasz rajd ( bo tak to niestety, z uwagi na małą ilość czasu, trzeba go nazwać ) po Lwowie zaczynamy od spaceru po cmentarzu Łyczakowskim. Oglądamy groby wybitnych polaków m.in. Grottgera i Konopnickiej, ukraińców, a także cmentarz Orląt Lwowskich. Jednak nasza koncentracja szybko rozprasza się w ciągu dat, nazwisk i wydarzeń podawanych przez przewodnika. Zaczynamy być też głodni. Na szczęście zwiedzanie kiedyś się kończy, i przygnieceni wiedzą udajemy się do centrum, aby jeść, jeść i dalej zwiedzać. Jeśli chodzi o obiad to nasz przewodnik stawia nas przed ciężkim wyborem, bo albo pokaże nam restaurację z daniami kuchni lokalnej, albo też możemy zdać się na dobrze znany i wszędzie taki sam McDonald's. Wybrałam opcję „regionalną” i nie żałuję, bo jedzenie było naprawdę smaczne. Zaspokoiwszy głód kontynuujemy zwiedzanie.     Trzy wyznania, trzy kościoły. Oglądamy dokładnie katedrę Ormiańską, zaglądamy do cerkwi Wołoskiej, której niestety nie możemy się dokładniej przyjrzeć, z uwagi na trwające tam nabożeństwo, oraz zwiedzamy kościół Dominikanów. I tak kończy się nasz dzień we Lwowie.     Następny dzień to wycieczka autokarowa. Jedziemy wpierw do Oleska – miejsca narodzin Jana III Sobieskiego, potem do Podhorców, które tym z nas, którzy byli w Łańcucie wydają się dziwnie znajome. Niestety zamek, choć przepiękny, jest w opłakanym stanie i widok ten (jak i zresztą wiele innych na Ukrainie) budzi wielki smutek. A potem jedziemy do Ławry Poczajowskiej. Tutaj nie ma miejsca na żadne ruiny, jest to bowiem jedno z najważniejszych miejsc kultu prawosławnej Ukrainy. Żeby wejść do cerkwi dziewczęta muszą założyć chusty na głowy, a także obwiązać się nimi w pasie. A wszystko to aby nie wzbudzić w mężczyznach pożądania i nie przywieść ich do grzechu... Skończywszy zwiedzanie Ławry, jedziemy do hotelu w Krzemieńcu, który jakkolwiek już nie tak piękny jak poprzedni, jednak po całym dniu zwiedzania bardzo się nam podoba. Oczywiście zmęczenie zmęczeniem, ale siłę na siedzenie wieczorem tak długo, jak tylko panie pozwolą mają oczywiście wszyscy.     Rankiem w ramach (sadystycznej) pobudki wspinamy się na Górę Bony. Jest stąd bardzo piękny widok na Krzemieniec, ale większą atrakcją zdają się być pozostałości murów zamkowych, (skrzętnie odbudowywane) na które można się wspinać. Dalsze zwiedzanie związane jest z Słowackim. Oglądamy dom gdzie mieszkał jako dziecko, a także budynek słynnego Liceum.     Ale to był już koniec naszej wizyty w Krzemieńcu bowiem czekały na nas zamki do zdobycia w Wiśniowcu i w Zbarażu. Jak to podczas zdobywania twierdzy bywa nie obeszło się bez ofiar. Podczas zwiedzania Zbarażu jedna z koleżanek skręciła kostkę. (Zachowywała się jednak bardzo dzielnie i do końca wycieczki nie narzekała.) A nocleg tego dnia był w kolejnej słynnej, sienkiewiczowskiej twierdzy - Kamieńcu Podolskim. Niestety ten hotel nie był już taki cudowny...     Jak się okazało w piątek nie mogliśmy nadal porzucić militarnych klimatów. Zwiedzaliśmy sam Kamieniec, a potem monumentalną twierdzę chocimską i zachwycające widocznym z nich krajobrazem Okopy Św. Trójcy. A wieczorem przejazd do Stanisławowa. Zakwaterowanie w luksusowym, wspaniałym hotelu i dla chętnych wieczorny spacer po mieście.     Aż w końcu nadeszła sobota i mieliśmy już wracać. I z jednej strony tęskniliśmy już za Krakowem i „cywilizacją”, ale z drugiej strony Ukraina potrafiła nas zauroczyć pomimo panującej tu biedy i okropnych dróg. ( No, a poza tym to komu się chciało wracać do obowiązków szkolnych?)     Zanim jednak pożegnaliśmy się z tym dzikim, acz pięknym krajem, odwiedziliśmy jeszcze miasto Brunona Schulza – Drohobycz. Zjedliśmy tam obiad i zrobiliśmy zakupy, wydając ostatnie hrywny.     Jednak Ukraina nie chciała nas jeszcze wypuszczać ze swych objęć, w związku z tym celnicy przeszukali kilka naszych toreb poszukując nielegalnie przewożonego alkoholu czy papierosów, a także sprawdzając, czy nie wywozimy zrabowanych ikon i gąbek. Pomimo tej drobnej przygody kontrolę przeszliśmy stosunkowo szybko, a za granicą zaskoczyła nas gładkość naszych polskich dróg. O koło godziny jedenastej wieczór znaleźliśmy się z powrotem pod naszym Wawelem.     Wycieczka bardzo się nam podobała. A ponieważ niestety oglądaliśmy wiele rzeczy bardzo pobieżnie, a niektóre wręcz pominęliśmy, wiele osób odczuwa niedosyt i chętnie pojedzie na Ukrainę jeszcze raz...
zdjęcia: Monika Jurczyk i Małgorzata Koźmińska tekst: Małgorzata Koźmińska
|